
Ludwik de Laveaux, Zachód słońca nad morzem, 1892, olej na płótnie, 61 x 70, Muzeum Narodowe we Wrocławiu
Może wypadałoby przeprosić, że piszę znowu o lecie, ale co robić, skoro jesień wywołuje we mnie lęki. I w niczym nie pomoże efekt cieplarniany, bo ciepło jest ważne, ale chyba ważniejsze jest światło, długość dnia i wydzielająca się z radosnym bulgotaniem witamina D. Zanim przejdziemy do oglądania koniecznym wydaje mi się przypomnienie słów piosenki Jana Kaczmarka ”Co się zżera w jeziorze”:
Jeziora pozornie są takie cudowne,
gdy lekka przykrywa je falka,
jedynie na niby są takie spokojne
w ich głębi śmiertelna wre walka.
Wypływasz łódeczką, zanurzasz się w trzcinie,
co brzegi znienacka porasta…
dwa metry pod tobą w bagiennej głębinie,
bandytyzm, sadyzmy, bestialstwa!
Tam szczupak bandyta poluje na lina
i okoń się czai na żabę!
Sandacz na płotkę swój parol zagina,
węgorz się wpija w doradę.
Tam rak, wodny żulik, dopadłszy robaka,
zamęcza go w sposób haniebny,
sum goni pędraka, leszcz męczy ślimaka,
liczą się tylko zęby!
A w górze słoneczko i miły zefirek
i zielsko rozrasta się sielsko.
Na zielsku nenufar, a nad nim motylek
z tą swoją słodyczą anielską.
I można by całkiem z uciechy oszaleć
i rzucić się na to z oskomą,
lecz chętkę tę miłą hamuje wytrwale
ta jedna niemiła świadomość:
Że w głębi panoszy się licho podstępne,
krwiopijcze, zgryźliwe, nerwowe.
Siedząc w topieli niemiłej i mętnej,
knując swe plany niezdrowe!
Zżerają się stare bezzębne sielawy,
wzajemnie nad sobą się pastwiąc,
zaś w nocy gdy wszystko to niby zasypia
rdza zżera stare żelastwo!
Rdza zżera stare żelastwo…
Żelastwo stare zżera rdza…
Rdza zżera stare…
I przeczytajmy równie ważne słowa Widma, wypowiedziane w akcie II, scenie VIII, „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego:
„Do myśli mi przyszedł gest
przypomnieć się z dawnych lat;
domek mój, podobnoś grób,
nie jestem wymagający,
Przeszedłem nie jedną z prób,
Ale żebym ja był trup,
Nie wierz, Maryś, bo to kłam,
żywie Duch, żywie Duch”.
Te dwie introdukcje zapowiadają coś naprawdę królewskiego: spójrzmy więc na obraz Ludwika de Laveaux „Zachód słońca nad morzem”.
Czyż nie jest wspaniały? Przypomnijmy sobie te cudne wieczory na plaży, gdy patrzyliśmy na zanurzające się w wodzie ogromne słońce. I tę chwilę, gdy ostatni fragment słonecznego dysku znikał, a przez plażę przetaczało się westchnienie. Jednych, że takie piękne okoliczności przyrody, innych – że wreszcie się skończyło i mogą iść na piwo.
Słowo wyjaśnienia: malarz naprawdę nazywał się Stanisław Ludwik de Laveaux i był Polakiem. Jego przodkowie osiedlili się w Polsce w XVIII wieku. Jego przodek był w straży przybocznej księcia Józefa Poniatowskiego, a prapradziadek hrabią lotaryńskim. To on osiedlił się w Polsce.
Namalować słońce jest bardzo łatwo. Wystarczy u góry obrazu wymalować żółte kółko, a wszyscy będą wiedzieli, że to słońce. Namalować jego zachód jest już trudniej. Trzeba pokazać te wszystkie kolory, barwiące niebo, góry, morze na złoto i czerwono i ich odcienie. Ale namalować słońce, które błyszczy i razi w oczy – jest chyba prawie niemożliwe. Prawie, bo naszemu malarzowi się udało. Jego słońce razi.
Słońce oślepia, gdyż emituje pod postacią promieniowania widzialnego i ultrafioletowego więcej energii niż są w stanie przyjąć receptory naszego oka. Pod wpływem tak silnych bodźców oczy zamykają się. Jeśli taki jest mechanizm, to słońce de Laveaux nie powinno razić. A jednak. Może jest to autosugestia: ponieważ zadaniem słońca jest oślepiać, to oślepia.
Malarz posłużył się techniką puentylistyczną. Polega ona na malowaniu czubkiem pędzla małych kropek w różnych kolorach i ich odcieniach. W czasie malowania „Zachodu…” de Laveaux był pod wielkim urokiem ojca tej techniki – Georgesa Seurata. Techniką na „p” namalowane jest niebo, na którym kropki układają się w złociste kręgi, przypominające słoneczne halo. Woda i piasek są już namalowane zwykłym, „tradycyjnym” pędzlem. Także słońce, które na niebie jest autonomicznym obiektem, bryłą wiszącą w przestrzeni, zostało namalowane grubo nałożoną, jasną farbą. To chyba kontrast barw i faktur sprawia, że słońce na płótnie razi.
Ta sztuka udała się naszemu malarzowi także na płótnie „Droga do Morskiego Oka”:
Rzućmy jeszcze raz okiem na złote niebo. Bez wahania przyznamy, że tematem obrazu jest blask zachodzącego słońca, łuna i feeria barw przed zmierzchem, zapowiedź nocy. To jest jednak tylko pozór, bo dopiero gdy po chwili spostrzeżemy brzeg, który prawie nie odróżnia się od wody, mamy szansę, by zrozumieć, o czym jest obraz. Taki był chyba zamiar jego twórcy, nie chciał, by tajemnica wydała się od razu. I nagle na piasku widzimy ciało. Nie wiemy, kto to jest, nie znamy nawet płci. Domyślamy się, że to topielec. Leży, jak wykute w granicie „memento mori”. Dopiero, gdy przyjrzymy się spoczywającemu pod tym pięknym słońcem ciału, zaczynamy dostrzegać prawdziwy temat dzieła. Tam, gdzie widzieliśmy cuda natury, zobaczyliśmy jej drugą twarz, jej okrucieństwo, jak w piosence Kaczmarka: u góry słoneczko, a na dole…
Słońce jest najważniejsze, jest w końcu pierwszym, najstarszym bogiem ludzi, jest wspaniałe i olśniewające, a ciało topielca, które leży zatarte w piasku, jest skutkiem ubocznym życia, i nie ma wpływu na to, co je stworzyło. Topielec jest odpadem, któremu nie warto poświęcać nawet chwili. Bo co ten nieszczęśnik może nam powiedzieć, jaką prawdę nam przekaże? Że wpadł do wody, a nie umiał pływać?
Ale gdyby nie ci, którzy czasem stają się topielcami, kto podziwiałby te zachody słońca, kto czciłby najstarszego boga, kto umiałby docenić i westchnąć, gdy gorejący dysk zanurzy się w morzu? Czy dorsz podziwia zachody słońca, a może szprotka?
Obraz jest zapewne zapisem przygody de Laveaux, który podczas pobytu w Bretanii omal nie utonął. To osobiste przeżycie było ważne, ale na pewno wpływ na powstanie obrazu, na takie podejście do natury, miało zdrowie malarza. To jego memento mori, to on tam leży. Tak widział swoją przyszłość. Bezużyteczne ciało, leżące samotnie gdzieś w przecudnym świecie.
Ciężko chory na gruźlicę zmarł w wieku 25 lat. Stanisław Wyspiański przypomniał go w „Weselu” pod postacią Widma, które przekonuje, że nie całkiem jest martwe. To prawda, de Laveaux będzie żył w swoich obrazach wiecznie. Ich większość jest co prawda we Francji, USA i Wielkiej Brytanii, i nawet ich nie znamy, a ich właściciele myślą o autorze, że był malarzem francuskim, a my wiemy, że był on jednym z tych Polaków, których wielki talent nie był w stanie się rozwinąć. Możemy wymienić naszych kompozytorów, poetów i malarzy, którzy zmarli bardzo młodo, a mimo to pozostawili dzieła świadczące, że byli geniuszami. Ale po co, lepiej popatrzmy w oślepiające słońce de Laveauxa i pomyślmy, że leżymy na piasku. Jeśli nie teraz, to za chwilę.
obejrzał: Salina
Literatura:
Słownik artystów polskich i obcych w Polsce działających (zmarłych przed 1966 r.), tom IV Kl-La, Zakład Narodowy Im. Ossolińskich Wydawnictwo PAN, Wrocław 1986
Sztuka polska, tom VI, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2012
Obejrzane:
Ludwik de Laveaux, Zachód słońca nad morzem, 1892, olej na płótnie, 61 x 70, Muzeum Narodowe we Wrocławiu
Ludwik de Laveaux, W drodze do Morskiego Oka, 1889, olej na płótnie, 81 x 56, Muzeum Narodowe w Warszawie
Wystąpili:
Stanisław Ludwik de Laveaux (ur. w 1868 w Jaronowicach, zm. w 1894 w Paryżu) − polski malarz tworzący od 1890 roku na emigracji.




2 Responses
Cóż, esej jest precyzyjnie napisany a refleksje są inspirujące. Nie tylko nie można, ale nie powinno niczego się do niego dodawać, bo to tylko obniżyłoby jakość. A jest ona na szczycie – gratulacje.
Można jedynie mieć skojarzenia. „Życie to ciężka i trudna sprawa, a ludzie są słabi i zawodzą” – westchnął, siedzący w pięknym, wypełnionym różami ogrodzie Józef Stalin. To westchnienie przytoczyła we wspomnieniach jego córka Swietłana. Tu też mamy zderzenie piękna natury, tyle że z niepiękną naturą człowieka.
Jeśli polemizować, to jedynie z malarzem, który miał tak polskie nazwisko jak Chopin. Wszak w morzu, w wodzie, na lądzie buzuje obok śmierci życie, aż kotłuje się od – mówiąc elegancko – przyjemnych procesów przekazywania genów. Może 500 metrów od topielca jakaś para w romantycznym otoczeniu pustej plaży przeżywała szczyt miłosnej ekstazy, powodującej serię skurczy serc? Jednak pesymizm malarza był w jego sytuacji zrozumiały, poza tym trudno polemizować z kimś, kto nie żyje.
https://shorturl.fm/Fy6VV