
Lucian Freud, Benefits Supervisor Sleeping, olej na płótnie, 151 x 219,
Porozmawiajmy o kobietach.
Gdy w 1995 roku Lucian Freud (wnuk Zygmunta) namalował „Benefits Supervisor Sleeping” – śpiącą Sue Tilley – modelka miała 38 lat i 127 kilogramów wagi. Dlaczego Freud namalował Sue, na co liczył? Czy to miała być prowokacja, żart? Nie, to była prawdziwa fascynacja ciałem kobiety. Artysta sportretował ją kilkukrotnie, poświęcił wiele czasu na studiowanie jej ciała, fałd skóry, tych wszystkich okrągłości, które sugerowały, że Sue nie ma mięśni i kości. Realizm, z jakim ją namalował jest prawdziwie monumentalny, a portret bardziej pasuje do wykutych w skale prezydentów USA, niż do tych wszystkich modelek, które leżące przez wieki malowano.
Przyjrzyjmy się obrazowi.
Kobieta leży na kanapie na prawym boku, lewą ręką trzyma się oparcia, jakby obawiała się, że nadmiar jej ciała pociągnie ją na podłogę, jakby grawitacja była dla niej bardziej bezwzględna. Prawą dłonią podtrzymuje prawą pierś, pilnując, by pozostała z nią na kanapie. Sue pasuje do kanapy. Wyglądają, jakby były dla siebie stworzone, pasują do siebie jak dwie połówki tego samego jabłka. Kobieta śpi. Jest to sen ze zmęczenia, ciężki, po którym nie obudzi się wypoczęta i radosna, ale powróci do psychicznego i fizycznego dźwigania swoich ciężarów.
Jest duża, bardzo duża, ale czy tak różna od kobiet, które widzimy na plaży w upalny dzień?
W jej ciele nie musimy dostrzegać jedynie nadwagi, wynikającej z nieumiarkowania w jedzeniu i piciu lub zapisu choroby. Możemy dostrzec – jak zrobił to Lucian Freud – piękno, które zostało porzucone wraz z rozwojem cywilizacyjnym. Dostrzegł je także rysownik i karykaturzysta Kazimierz Grus, mąż Mai Berezowskiej, gdy w noc poślubną mocno podchmielony trafił do sypialni, i na widok świeżo poślubionej, obfitych kształtów małżonki w negliżu, zakrzyknął z zachwytem: „Majuniu!, i to wszystko dla mnie?!”
Obraz Freuda w 2008 roku został sprzedany na aukcji w Londynie za ponad 33 mln dolarów.
Gdy podczas wykopalisk archeologicznych w 1908 roku znaleziono kamienną figurkę kobiety, wywołało to zrozumiałą sensację. Pod koniec ubiegłego wieku przeprowadzono jej badania, wsparte technologią, która pozwoliła „zajrzeć” do jej środka. Tomograf ujawnił, że wykonano ją z kamienia, który znajduje się po drugiej stronie Alp, w okolicach jeziora Garda, pomalowanego ochrą czyli glinką, która barwi na żółto. Ale to tylko uwaga techniczna.
Wyliczono, że przy wzroście około 150 centymetrów kobieta, aby tak wyglądać, musiałaby ważyć około stu kilogramów, a więc zachowując proporcje – podobnie do naszej Sue. I, co najważniejsze – była piękna. Potwierdziły to badania wśród przedstawicieli plemion przedindustrialnych, które zamieszkują jeszcze Ziemię. Jej okazała nadwaga, obfitość pośladków, ud i biustu, wśród dręczonych niedojadaniem chudzielców, świadczy o wysokiej pozycji społecznej kobiety i nieograniczonym dostępie do pożywienia. Nie była to osoba przeciętna: może w okresie matriarchatu przewodziła grupie, może była kapłanką, wcieleniem bogini płodności, a może po prostu była matką, która daje życie i sprowadza na współplemieńców dobrostan.
Sue i Wenus dzieli 30 tysięcy lat, ale czy coś więcej? Może Freud bardziej dbał o szczegóły niż mistrz górnego paleolitu, ale mimo tych różnic obie panie wyglądają, jak siostry. Gdzieś po drodze pojawiły się portrety może nie aż tak puszyste ale też zapadające w pamięć.
Trzy Gracje z obrazu Rubensa to kobiety dojrzałe. Jeszcze pamiętają swoje młode ciała, jeszcze udają, że czas nie jest problemem, ale postronni już widzą jego nieubłagany wpływ. Obraz jest wspaniały, znakomicie zaplanowany, namalowany, i całkiem słusznie uważany za jedno z najbardziej udanych dzieł baroku, ale Gracje nie mają ładnych ciał. Nie ma w nich doskonałości, pod ich skórą nie widać łagodności, tylko jakieś naprężenia, które odbierają ich ciałom wdzięk. Wystarczy przyjrzeć się biustom czy ramionom. Ich krągłości nie są łagodne i „opływowe”, jak te należące do Sue. Jakby ich boski eliksir przestał działać, i tym samym zaczął gasnąć ich boski urok. Nie są otyłe, jak Sue, są na początku drogi, którą ona przeszła. Nie ma dla nich ratunku, bo kto przekroczy limes wagi, najczęściej nie wraca.
Dlaczego je oglądamy? By pamiętać, że nie trzeba sięgać 30 tysięcy lat wstecz, i że jeszcze nie tak dawno były czasy, gdy podobały się kobiety bardziej puszyste, o „rubensowskich kształtach”. Może nie tak, jak Wenus z Willendorfu, ale jakże dalekie od współczesnych kanonów piękna.
Żeby powoli zbliżać się do końca wątku o paniach puszystych przypomnijmy polski ślad: wspaniały obraz Dudy Gracza namalowany w hołdzie Chełmońskiemu, autorowi obrazu „Babie lato”. ( Pisaliśmy o tym płótnie w jednym z pierwszych tekstów – polecamy)
Sto lat później dziewczyna leży na bezkresnym polu, w dali pasą się krowy. Jest, jak było. Leży inaczej, jest „większa”, ale przecież trzy pokolenia pracowały, by była większa. Tamta w ciszy łapała nić babiego lata, ta – zapewne słucha radia. A może śpi? Leży na gołej ziemi, co świadczy o przypadkowości zdarzenia. Ma pogodną twarz, jak dziewczyna z Chełmońskiego, nie taką, jak Sue. Za plecami leżącej stoi radio. Może rozbrzmiewa z niego straszliwe dla wielu disco polo, a może równie przerażający dla innych Chopin? A może baterie rozładowały się i nastała błoga cisza, wywołująca uśmiech ulgi na twarzy dziewczyny. Co by nie wymyślać, obraz Dudy – Gracza to nasz wkład w łańcuch Wenus z Willendorfu – Benefits Supervisor Sleeping.
A co dalej? Odpowiedzią jest rzeźba Anny Uddenberg, którą pokazała na Biennale w Berlinie w 2016 roku. I to nie jest żart, to nie jest prowokacja, to najprawdziwszy, rzeźbiarski obraz współczesnej Wenus. Widzimy prawdziwą scenę z życia. Doszliśmy to tego punktu. Dzisiejsza Wenus ma ręce, w przeciwieństwie do tej z Milo. Niewiele z tego wynika, ma ręce i co robi?Zdjęcie pupy. To jest postęp, czyli krok dalej od zdjęcia „selfie” czyli twarzy. W takich czasach żyjemy, i jak ktoś ocenił rzeźbę; „jakie czasy, taka Wenus”.
Kobiety długie lata walczyły o godność, o to, by nie traktowano ich przedmiotowo, by nie sprowadzano do biustu, pupy, prokreacji. I jak się skończyło? Zdjęcie pupy, które trafia do mediów społecznościowych, bo tylko one mogą ocenić atrakcyjność i kobiecość. Wenus w Willendorfu nie musiała się starać, by uważano ją za piękną. Dzisiaj dziewczyny nie mają łatwo. Ale czy na pewno idzie to w dobrym kierunku? Nadwaga dzisiaj jest czymś niechcianym, próbujemy się z niej tłumaczyć, ale domieszka silikonu u współczesnych kobiet też dobrze nie wygląda. Silikon, botoks, kwas hialuronowy… Quo vadis, domina?
obejrzał: Salina
Literatura:
FB, Anegdoty o sławnych Polakach
Obejrzane:
Lucian Freud, Benefits Supervisor Sleeping, 1995, olej na płótnie, 151 x 219, własność prywatna
Wenus w Willendorfu, 11,1 cm wysokości, kamień kredowy, Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu
Paul Rubens, Trzy gracje, 1630-1635, olej na desce, 221 x 181, Prado, Madryt
Jerzy Duda-Gracz, Józefowi Chełmońskiemu, 1979, Olej na desce, własność prywatna
Anna Uddenberg, Wenus naszych czasów, rzeźba, Berlin Biennale, 2016.
Wystąpili:
Lucian Freud (ur. 1922 w Berlinie, zm. 2011 w Londynie), malarz brytyjsk
Paul Rubens (ur. 1577 w Siegen, zm. 1640 w Antwerpii), malarz flamandzki epoki baroku
Jerzy Duda-Gracz (ur. 1941 w Częstochowie, zm. 2004 w Łagowie) polski malarz i scenograf
Anna Uddenberg (ur. 1982), szwedzka artystka wizualna.




2 Responses
Esej obrazowo opisał kwestię zmienności poczucia estetyki, odczuwania piękna. Gratuluję oceny obrazu, na widok którego przymknąłbym oczy. Być może sama modelka też je przymykała.
Parę drobnych refleksji. Wenus z Willendorfu była zapewne boginią płodności, zdrowia i bogactwa. Jak Hanuś z „Konopielki”: „Ręce grube, nogi grube”.
W czasach baroku rubensowskie kształty także były symbolem zamożności, płodności i zmysłowości. Bo i dziś – wbrew stereotypom – kobiety z lekką nadwagą, jak i dojrzalsze, cieszą się dużym zainteresowaniem. W średniowieczu kobiety malowano z brzuszkami, jakby były w 4 miesiącu ciąży. Takich przykładzików jest dużo.
Problem mam z „Wenus naszych czasów”. Na pierwszy rzut oka rzeźba jest celna, na drugi – zwodnicza. Bo niby do czego służyły damom turniury, jak nie do pobudzania męskiej wyobraźni? Zmieniła się technika, lecz mechanizm wabienia pozostał ten sam. Poduszeczka na pupie Izabeli Łęckiej była silikonem XIX wieku. No i dodajmy, że dziś mężczyźni też chętnie publikują zdjęcia swych ciał, o ile są wysportowane. Równie dobrze można stworzyć rzeźbę faceta naszych czasów. Tylko że robiłby selfie z przodu.
Warto dodać, że kryteria piękna są zróżnicowane w różnych kręgach cywilizacji. W niektórych krajach Afryki, szczególnie w Mauretanii, ideałem kobiecego piękna nadal jest kobieta otyła, czyli z bogatego domu. No ale takich w Europie nie malowano.
Lecz są też indywidualne gusta dotyczące piękna. Może Lucian Freud miał skłonność do kobiet z otyłością? Tak, jak niektórzy mają pociąg do osób dużo, dużo starszych, francuski przykład znany. To się nazywa adipofilia i gerontofilia. Mógłby to zinterpretować dziadek Luciana.
Byłoby ciekawe prześledzić poprzez dzieła mistrzów zmienność kanonów męskiego piękna. To chyba może być nie tak obrazowe, malarzami przez wieki byli mężczyźni, więc nie znam obrazu Stefana nagiego. Choć kto wie, są odpowiednie dzieła, np. Michała Anioła, są wyobrażenia bachanaliów. Tyle, że poza Michałem Aniołem, nie są to chyba wybitniejsze dzieła.
Błyskotliwe, Książę! Jak za najlepszych czasów. Czytam z radością.