Search
Close this search box.

Obraz zła

Aleksander Gierymski, Trumna chłopska, 1894-95,  Muzeum Narodowe w Warszawie

Czy może być coś potworniejszego w życiu niż widzieć śmierć własnego dziecka? Jan Kochanowski, któremu Opatrzność dała talent, mógł wyrazić dosadnie swoje poczucie krzywdy:

Zgwałciłaś, niepobożna Śmierci, oczy moje,

Żem widział umierając miłe dziecię swoje!

Widziałem, kiedyś trzęsła owoc niedordzały,

A rodzicom nieszczęsnym serca się krajały.

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

Moja droga Orszulo, tym zniknięciem swoim!

Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

Jedną maluczką duszą tek wiele ubyło.

I jakby mało było tych żali z trenów IV i VIII dopiszmy „Epitafium Hannie Kochanowskiej”

I tyś, Hanno, za siostrą prędko pospieszyła

I przed czasem podziemne kraje nawiedziła,

Aby ociec nieszczęsny za raz odżałował

Wszystkiego, a na trwalsze rozkoszy się chował.

Koszmar!

Aleksander Gierymski, Trumna chłopska

 

A jak miał zareagować ktoś, kto tego talentu nie miał, i nawet nie umiał opisać swojego bólu? Na obrazie Gierymskiego widzimy, zastygłych w rozpaczy, rodziców zmarłego dziecka. Nie ma łez, krzyku, jest niemy ból, stupor. Matka pochylona do przodu, wsparta na udach, patrzy skamieniała przed siebie, a jej twarz wyraża niedowierzanie: to się nie mogło stać. Dlaczego, komu to dziecko przeszkadzało? Widzimy jej spracowane ręce, ogorzałą twarz. Kobieta wygląda na wiele więcej lat niż prawdopodobnie ma ich w rzeczywistości. Obok niej ojciec zmarłego, podobnie zniszczony ciężką pracą, pali fajkę, starając się zrozumieć, co zaszło. Dlaczego? Oboje siedzą ze skrzyżowanymi rękami w gestach obronnych, zamykających dostęp do siebie. Robią to podświadomie, by odgrodzić się od obecnego zła. Czekają na rozpoczęcie ceremonii pogrzebowej. Oparte o ścianę domu stoi wieko małej trumny, ze świeżo wymalowanym krzyżem na niebieskim tle. To wszytko, co mógł ojciec zrobić dla swojego dziecka.

Dom jest pobielony, jego ściana zbudowana z potężnych bali, pokryta białą farbą, barwi się na błękitno i różowo. Słońce widocznie zaczęło opuszczać się nad horyzontem. Podwórko wysprzątane, nie ma nawet jednego źdźbła trawy, rośliny, która mozolnie walczyłaby o przeżycie w jakimś zapomnianym kącie. Jest czysto, nawet sterylnie, jakby nie był to realny świat, ale dekoracje. Przed rodzicami leży pies. Śpi spokojnie, nawet „uśmiecha się”.  Jeśli rozumie, co się stało, to w ten sposób stara się odreagować. Ale rodzi się u oglądających wrażenie, że pies został domalowany później. Gierymski, gdy ujrzał swoje dzieło, prawdopodobnie przeraził się jego brutalnej wymowy. Pustka przed rodzicami pogłębiała potworność tego, co się wydarzyło. Wymowa obrazu była nie do zniesienia dla oglądającego. Ukazywała czyste, skondensowane zło.  Widzimy złamanych rodziców, przygotowaną trumnę, wiemy, że za ścianą leży ciało dziecka, a cały obraz wypełnia niewidoczna, bezlitosna śmierć. Dlatego malarz umieścił psa, który jest, jakby z innego świata, można nawet powiedzieć – z innego obrazu. Symbolizuje życie. To miał być kontrapunkt emocjonalny. Gierymski chciał tchnąć w bezduszną scenę śmierci choć trochę nadziei. Cierpienie minie, jak sen, a życie będzie trwać wiecznie, bo tylko ono jest ważne. Trzeba wstać i żyć dalej. Dlatego żałoba nie może być przedłużana w nieskończoność, musi być ograniczona w czasie, bo inaczej śmierć byłaby ważniejsza od życia, a to jest wbrew naturze i prawom ludzkim oraz boskim.

Wiemy, co wydarzy się później. Ludwik de Laveaux (przypominam – polski malarz, którego francuscy przodkowie osiedlili się w Rzeczpospolitej) ukazał dalszy ciąg historii. Może nie dokładnie tej, którą widzimy na obrazie Gierymskiego, ale podobnej.

Ludwik de Laweaux, Ubogi pogrzeb

 

Obraz „Ubogi pogrzeb” (znany też pod tytułami „Ofiara zimy” i „Cmentarz”). Widzimy smutny kondukt w drodze na cmentarz. Na przedzie brnie przez śnieg, z łopatą na ramieniu, ojciec, pod ręką niesie trumienkę. Za nim matka zmarłego ze starszym dzieckiem. Nad nimi sine niebo, zlewające się na horyzoncie ze zaśnieżonymi polami. Są sami. Nie ma nawet księdza, bo dobrodziejowi nie chciało się opuszczać ciepłej plebanii w taką pogodę. A może rodzice nie mieli na „co łaska”? I w tym przypadku autor płótna, chyba wystraszony jego jednoznacznie przerażającą wymową, „ocieplił” zimową scenę. Namalował stadko gawronów, które zajmują się swoimi życiowymi sprawami i nie zwracają uwagi na idących, ale łamią i ożywiają zimną, martwą pustkę.

Co powinno znaleźć się w zakończeniu opowieści o chłopskich pogrzebach? Modna wówczas chłopomania, koncentrująca się na sianokosach, dożynkach i wiejskich spotkaniach, w obrazach Gierymskiego i de Leveauxa pokazała straszne oblicze tamtego życia, które trudno nam sobie wyobrazić. Według rocznika statystycznego z 1939 roku na sto żywych urodzeń w 1927 roku umierało ponad 15 niemowląt, dziesięć lat póżniej już „tylko” – ponad 13. Za życia naszych malarzy, w zaborze rosyjskim na tysiąc niemowląt umierało 250 – 350 dzieci. W zaborze austriackim było jeszcze gorzej. Dzisiaj umiera niespełna pięcioro dzieci. Różnica ogromna. Bieda tamtych czasów dzisiaj u nas nie istnieje. Dzisiejsza bieda to bogactwo wówczas. Jedna rzecz pozostała jednak niezmienna: emocje. Rozpacz rodziców na obrazie Gierymskiego nie różni się niczym od bólu rodziców współczesnych. Wszystko się zmienia oprócz śmierci i żałoby. I tak chyba będzie zawsze, dopóki nie staniemy się nieśmiertelni lub nie umrzemy wszyscy, za jednym zamachem, rach-ciach.

                                                                                                                                           obejrzał: Salina

Literatura:

Dorota Dzierżanowska, Maksymilian Gierymski, Aleksander Gierymski, Edipresse, Warszawa 2006

Desmond Morris, Mowa ciała w sztuce. Pozy i gesty, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2022

Rocznik Polityczny i Gospodarczy 1939, Polska Agencja Telegraficzna, reprint, Polska Agencja Prasowa, Warszawa 2003

Obejrzane:

Aleksander Gierymski, Trumna chłopska, 1894-95, olej na płótnie, 141 x 195, Muzeum Narodowe w Warszawie

Ludwik de Laveaux,  Ubogi pogrzeb (Ofiara zimy, Cmentarz) 1889, o/p, 63 x 100, własność prywatna

Wystąpili:

Aleksander Gierymski (ur. 1850 w Warszawie, zm. 1901 w Rzymie), polski malarz, przedstawiciel realizmu, prekursor impresjonizmu w Polsce.

Stanisław Ludwik de Laveaux (ur. w 1868 w Jaronowicach, zm. w 1894 w Paryżu) − polski malarz tworzący od 1890 roku na emigracji.

3 Responses

  1. Bardzo ciekawa i godna podziwu dla pieczołowitości oraz pracowitości interpretacja. Pozwolę sobie jednak na inną. Kobieta jakby wpatruje się w kogoś, kto jej wytłumaczy – dlaczego? A w kogo mogła wpatrywać się kobieta w tamtych czasach? W Jezusa i Maryję. Mężczyzna obok wie, że odpowiedzi „dlaczego” nie będzie. Jest realistą. A może przywykł?

    Coś jak w „Konopielce” Redlińskiego. Niemowlę zmarło, Hanuś rozpacza wyładowując stres, Kaziuk zbija skrzynkę i niesie ową prowizoryczną trumienkę na cmentarz. Bez księdza, bo gdzie ksiądz, a gdzie taplarskie błota.

    Psycholodzy i neurolodzy już odkryli, dlaczego wdowy żyją dłużej, niż wdowcy. Wdowy przychodzą na cmentarz, uprzątną grób małżonka, wymienią kwiaty, porozmawiają z nim w duchu. Mają łączność. Wdowcy przychodzą na cmentarz, uprzątną grób, wymienią kwiaty. Ale nie porozmawiają. A jeśli już, to z sobą. To ich łączność – i pustka. To poczucie ostatecznej straty jest zabójczym stresem. Pewnie to samo dotyczy utraty dziecka.

    To oczywiście jest uproszczenie, wystrzegajmy się uogólnień, mam przykłady świadczące o innym przyjmowaniu cierpienia.

    Pies na obrazie faktycznie wygląda sztucznie. Psy i koty wyczuwają nastrój ludzi po zapachu. Gdyby ten kundelek siedział przed owym małżeństwem wpatrując się z niepokojem w ich twarze, dotykał nosem rąk, wtedy mielibyśmy dopełnienie grozy. A ten sobie leży i się jakby uśmiecha… Co innego na obrazie imć pana Ludwika. Gawrony są dzikie, niewiele je interesuje pogrzeb. Są naturalne i trochę dopełniają wymowy dzieła.

    Nie wiemy, czy śmierć jest czystym złem, czy częścią życia. Ale poczucie straty, niezależnie od odpowiedzi, jest jednakowo bolesna. I niezależnie od tego, czy straciliśmy jedno, troje czy czworo dzieci. Dlaczego? – to pytanie kobiety z obrazu ciągle jest bez odpowiedzi. Choć może ona ją słyszy.

  2. Bardzo lubimy inne interpretacje. Temu służy strona obejrzane.art, by oglądać i widzieć po swojemu. Jedna interpretacja brzmi jak „jeden naród, jeden wódz!”.
    Będę się jednak upierał, że śmierć to zło w czystej postaci, coś jak diament pierwszej czystości, nawet wówczas, gdy niesie wybawienie.

  3. Diamentem, czy też perłą pierwszej czystości jest możliwość jest możliwość sensownej wymiany opinii, rzadka sposobność w dzisiejszych czasach.

    Zatem – stoicy: „Wsiadłeś na okręt, użyłeś podróży, dobiłeś do portu. Wysiadaj! Jeżeli ku innemu życiu, to bogowie są i tam. Jeżeli zaś ku bezczuciu, to przestaniesz odczuwać przyjemności i przykrości” (Marek Aureliusz, „Rozmyślania”).

    W katolicyzmie istnieje pojęcie „dobra śmierć”, która dotyczy raczej umierania, o którym ks. prof. Tischner, właśnie na łożu śmierci, wyszeptał – bo mógł z powodu raka tylko już ledwo szeptać: „Nie uszlachetnia…”. To jest pytanie, czy umieranie nam zakłóca odbiór śmierci i utrudnia znalezienie odpowiedzi, czy śmierć jest końcem, czy bramą. A może jednym i drugim.

    Pytanie jest fundamentalne, gdyż dotyczy tego, co Martin Heiddeger określił jako „dasein” – „bycie-tu”. Czy też „bycie ku śmierci”. Bo w końcu ból po stracie jest rozdzierający. Nawet w świecie zwierząt widzimy zabójcze akty rozpaczy po stracie dziecka czy partnera.

    Nie rozstrzygniemy, czym jest śmierć. Nie wiemy, czy niesie wybawienie. Może nie niesie. Tylko co nam wtedy zostaje? Wiara, że jest czystym złem? Jeśli tak, to czy jest coś więcej, niż czyste zło? A jeśli śmierć jest złem absolutnym, to czy i gdzie jest absolutne dobro? Jeśli istnieje tylko absolutne zło, to czy – jak zauważał Dostojewski – możemy wszystko?

    I tak możemy snuć myśli bez końca, poszukując wskazówek w przeglądaniu półek z zakurzonymi książkami w wielopokoleniowej bibliotece, więc może lepiej zamknijmy wrota dyskusji na naszym diapazonie.

    Możemy chyba tylko zadawać pytania. Na które kobieta z obrazu już – o ile nadal ze swym dzieckiem i mężem istnieje – zna odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *