
Jacek Malczewski, Rzeczywistość, 1908, 115 x 209, olej na płótnie, zbiory prywatne
Podczas urlopu oglądamy widoki lub szlifujemy bruki obcych miast. To miłe, ale koniec z tym. Musimy się wziąć za oglądanie obrazów, bo bez nas nikt ich wszystkich nie obejrzy. Więc za mną, oglądaczu!
To oglądanie ma charakter uroczysty: po raz 40. będziemy patrzeć na płótno, analizować to, co wymalował na nim artysta, i próbować wszystko poukładać, zrozumieć, ogarnąć swoim wątpliwej jakości rozumem. Mam na myśli oczywiście swój organ.
40 obejrzanych obrazów – jeszcze nie jubileusz, ale trochę już święto.
Jeśli każdemu poświęcić 15 minut, łącznie zajmie to 10 godzin. Dwa dni intensywnego zwiedzania, z przerwą na obiad, gdyby płótna te wisiały na ścianach jakiegoś muzeum. I to nie jest nasze ostatnie słowo. Będziemy oglądać dalej, na pohybel przeciwnościom i malkontentom, i zapraszamy, by wspólnie nasze tête-à-tête z obrazami uczynić radosnym i satysfakcjonującym.
W czasie oglądania obrazu „Rzeczywistość” Jacka Malczewskiego pada pytanie: czy jest on naprawdę wart (obraz, nie Malczewski) 22 mln zł, które zapłacono zań na aukcji w Warszawie. Jeśli ktoś tyle zapłacił, widocznie uznał, że warto. Jego sprawa, i nie ma co dyskutować, bo pytanie o wartość jest bez sensu. Powinno ono brzmieć: czy chciałbyś mieć „Rzeczywistość” Jacka Malczewskiego na swojej ścianie? Oczywiście trzeba mieć odpowiednią ścianę.
Na płótnie „Rzeczywistości” jest aż gęsto od sportretowanych osób. O Janie Matejce, po prezentacji „Bitwy pod Grunwaldem” mówiono, że cierpi na przymus namalowania jakiejś postaci na każdym wolnym skrawku płótna. Widocznie Malczewski, który był uczniem Matejki, zaraził się tą przypadłością.
Trudno orzec, gdzie rozgrywa się akcja obrazu. Najprawdopodobniej jest to widziana częściowo szopka bożonarodzeniowa. Świadczą o tym chociażby skrzydła, mocowane pasami do ciał anielskich, ale nigdzie nie widzimy bydląt. Co to za szopka bez zwierząt gospodarskich, bo trzy wróble wiosny nie czynią.
Na obrazie jest pięciu mężczyzn, cztery kobiety, dziecko płci męskiej i trzy wróble. Z lewej strony stoi Jacek Malczewski. Wspiera prawą rękę ze szpachelką o krosno dużego obrazu. Jest zamyślony, może szuka odpowiedzi na pytanie, które go nurtuje, może usiłuje sobie coś ważnego przypomnieć, a może po prostu chciałby zrozumieć, co się wokół niego dzieje. Lewą rękę trzyma ugiętą, jakby wspierał ją na rękojeści szabli, jakby zapomniał, że jest malarzem, a nie rycerzem. A może nie zapomniał, może to to samo? W dłoni ma pędzel, na serdecznym palcu pierścionek z turkusem, kamieniem symbolizującym prawdę i zwycięstwo.
Towarzyszy mu rodzina: żona Maria jako Matka Boska, ich syn Rafał – w przyszłości znakomity malarz – jako dzieciątko i córka Julia, pod postaciami trzech aniołów.
Malczewski nie jest ubrany jak do pracy. Trzyma akcesoria malarskie, ale wystroił się raczej jak na jakieś wydarzenie, niż do żmudnej i brudnej pracy malarza. W kieszonce kamizelki biała chusteczka, kapelusz zsunięty na tył głowy. Kapelusz? Chyba raczej aureola. Nic, że czarna. To wszystko nie jest poważne. Jego portret sprawia wrażenie, jakby był wklejką tajemniczego brytyjskiego artysty Banksy’ego. Nie pasuje do tego obrazu, a najlepiej to widać, gdy porówna się głowę malarza z głowami trzech mężczyzn, którzy stoją za nim.
Zgodnie z perspektywą, osoby stojące dalej powinny być mniejsze. A na naszym obrazie jest odwrotnie. Malczewski jest nieduży, drobny, a mężczyźni za nim to prawdziwi giganci. Dorównuje im wielkością tylko błazen.
Malarz nie popełnił błędu z perspektywą – przyjął jej egipską wersję. Trzej mężczyźni to bohaterowie z przeszłości, z czasów zbrojnych walk o ojczyznę, i późniejszych konspiracyjnych knowań. To nie są zwykli ludzie, to żołnierze, skazańcy, zesłańcy – herosi, z którymi współcześni Malczewskiemu nie mogą się równać. To giganci z wielkimi dokonaniami, którzy na dodatek zostali przedstawieni jako Trzej Królowie. Przyszli z darami: jeden przyniósł serce – znak miłości, drugi – kotwicę – nadzieję, a trzeci – krzyż – wiarę. Trzy wartości, którymi należy się kierować. Trzeba wierzyć w Boga, mieć nadzieję na pomyślną przyszłość i kochać, bo z miłości płynie dobro.
Ale skąd przyszli, dlaczego stoją za Malczewskim i sprawiają wrażenie, jakby nie znaleźli się przez przypadek. Oni są z imaginarium malarza. Już ich widzieliśmy na wspaniałym obrazie „Melancholia” z 1894 roku, między kosynierami, powstańcami, buntownikami i ofiarami patriotycznych zrywów. Obraz „Rzeczywistość” jest bowiem kontynuacją tamtego, rozwinięciem tej samej myśli, która obsesyjnie pojawiała się w obrazach Malczewskiego.
Spójrzmy teraz na błazna. To Stańczyk. Tylko jego znamy z imienia, on ma stałe miejsce w polskiej sztuce. Wsparty o lewe przedramię, jak Jezus Frasobliwy, spogląda na swój kaduceusz, jakby chciał mu powiedzieć: jesteśmy identyczni! I ty, i ja nic nie możemy, jesteśmy tak samo martwi, ale było miło. Na nic Święta Rodzina, na nic kobiety polskie, zaangażowane, które są aniołami, na nic Trzej Królowie – żołnierze, powstańcy i zesłańcy – bohaterowie, którzy niosą dary, skoro w pierwszym planie rozsiadł się błazen. To on, król błaznów, blagierów, prześmiewców i przedrzeźniaczy. Zajmuje poczesne miejsce między członkami tej społeczności. Rozanielony spogląda na trzymaną w ręce kukiełkę – parodię królewskiego berła – i zdaje się mówić: I co, mój Kaduceuszku, znowu daliśmy radę, ponownie wszystko zakończy się farsą w odwiecznym łańcuchu głupoty, wykrzywiania i lekceważenia. Jesteśmy prawdziwymi królami: ja błazen, i ty – jego parodia.
W „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego Stańczyk był symbolem niemocy, a u Malczewskiego jest nostalgicznym znakiem przeszłości, i nie jest bohaterem pozytywnym. Był wielki, jak epoka Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Tak było, można tęsknić za tamtymi czasami, ale to fałszywa droga. Dlatego odgradzają go, niczym barierką, dwa anioły. Anioły pomarańczowy i niebieski trzymają trzonek od drewnianych grabi do siana. W szopce, w której wszyscy się spotkali, takie grabie to naturalne narzędzie; w końcu Jezuska ułożono na sianku w żłobie. Poprzeczkę grabi z drewnianymi zębami widać przy dłoniach oficera trzymającego krzyż. Dlaczego anioły tworzą kordon dla Stańczyka? Wyjaśnia to anioł zielony, który trzyma w dłoniach rozkute kajdany. Pokazuje, że żeby odzyskać wolność, trzeba odepchnąć tę całą błazenadę, niepoważne, udawane działania, fałszywą koronę błazna i równie fałszywe berło. Tamte czasy się skończyły, odgradzany je grubym trzonkiem.
Ten zdecydowany ruch budowy bariery przed Stańczykiem może być związany też ze zmianami w polityce galicyjskiej. Działające tam od lat 60. XIX wieku ugrupowanie Stańczyków – konserwatywne, opowiadające się za bliską współpracą z cesarstwem Franciszka Józefa, które – jak głosili – było ideowym następcą I Rzeczpospolitej, rok przed namalowaniem „Rzeczywistości” przekształciło się w Stronnictwo Prawicy Polskiej. On i chcieli, by było tak, jak było. Malczewskiemu nie było z nimi po drodze.
Przyszłość należy bowiem do „mesjasza”, którego widzimy u góry obrazu w ramionach Marii.
Przyszłość jest też tu: w pędzlu, który trzyma Malczewski, i może dlatego jego dłoń spoczywa na biodrze, jak na szabli. Ważna jest wolność od wszystkiego, co wypływając z przeszłości ciągnie nas w jej otchłań. Trzeba być wolnym i niezależnym. Artysta musi być niepokorny, suwerenny, musi iść swoją drogą. Może bowiem być każdym: oficerem, rewolucjonistą, skazańcem, zesłańcem, jednak najważniejsze – musi być z ludźmi. Artysta odczuwa współistnienie, ale jest samotny, bo żyje życiem milionów. Świat Malczewskiego jest pełen znaczeń. Otaczają go nie ludzie, a symbole. Jego syn Rafał, przyszły znakomity malarz, trzymany w ramionach świętej matki, jest nadzieją, jest „mesjaszem”, czyli przyszłością. Córka – to anioł w aż trzech postaciach, w niej nadzieja. A świat jest i heroiczny i prozaiczny i groteskowy. Znakomicie opisuje to anegdota:
Kiedyś malarz Jacek Malczewski, wówczas profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, wetknął głowę do pracowni i zapytał studentów:
– Panowie, macie mnie w dupie?
Ponieważ studenci doskonale znali profesora, odpowiedzieli, że go „tam mają”.
– A cesarsko-królewskiego dyrektora też macie? – dopytywał.
Studenci na to: też.
– A całą Akademię także?
– Także!
– No, to nie ma co, kochane chłopaki, nie mam co korygować waszych prac, bo i tak będą z was artyści! – zawołał i zniknął.
Rzeczywistością rządzi „trójka”. Mamy trzech żołnierzy – zesłańców, trzy anioły, trzy dzwonki na czapce błazna, trzy wróble, trzy zęby grabi i najważniejszą trójcę: ojca, matkę i syna – wszyscy z aureolami.
Malczewski bogiem? Malczewski – mężczyzna nie, ale Malczewski – artysta czemu nie? W końcu każdy twórca ma boski pierwiastek, bo nie jest ważne, czy tworzy się świat, czy obraz. Każde dzieło jest oczekiwane, potrzebne i wspaniałe.
Jedyną nadzieją na ucieczkę ze świata stańczyków, powstańców – zesłańców, politycznych wyborów i marzeń o wolności są słowa pewnej damy, która oglądając obraz Malczewskiego, powiedziała mu: „Tak namalował pan satyra? To pan chyba nigdy satyra nie widział…”.
obejrzał: Salina
Literatura:
Agnieszka Ławniczakowa, Jacek Malczewski (1854-1929) Edipresse Polska, Warszawa 2006
FB, Anegdoty s sławnych Polakach
Obrazy użyte:
Jacek Malczewski, Rzeczywistość, 1908, 115 x 209, olej na płótnie, zbiory prywatne
Jacek Malczewski, Melancholia, 1894, olej na płótnie, 139 x 240, Fundacja im. Raczyńskich przy Muzeum Narodowym w Poznaniu, Rogalin
Wystąpili:
Jacek Malczewski (ur. 1854 w Radomiu, zm. 1929 w Krakowie), polski malarz symbolista przełomu XIX i XX wieku.




2 Responses
Należy się order za wnikliwą i spostrzegawczą analizę dzieła Malczewskiego, jak też za – co równie ważne – osadzenie jej w ówczesnych realiach politycznych. Przeciętny odbiorca dzieła co najwyżej stwierdzi, że córka Malczewskiego była ładną dziewczyną. No i drugi order za styl pisania, pozwalający przyswoić wiedzę i się uśmiechnąć – anegdoty są świetne. Szkoda, że Malczewski nie namalował owej damy, która widziała satyra. Jej oczy pewnie niejedno widziały.
To osadzenie dzieła w politycznych realiach uświadamia, dlaczego bardziej szczegółowa historia Polaków jest z takim trudem przyswajana przez cudzoziemców. Oczywiście każdy naród ma swoje historyczne niuanse. Kto wie, że hymn Niemiec był pierwotnie pieśnią skierowaną przeciwko Prusom i domowi Hohenzollernów?
Jednak zabory i relacje narodowościowe oraz religijne dodatkowo skomplikowały wewnętrzne polskie układy. Polacy żyli w trzech obcych państwach, a nie w kilkunastu czy kilkudziesięciu własnych (w XVII w. bodaj około 300) jak dzisiejsi Niemcy. Podobny stopień historycznych komplikacji takich jak polskie widać chyba tylko w krajach byłej Jugosławii i na Bliskim Wschodzie.
Malczewski mógł jednak liczyć przynajmniej na ówczesną inteligencję, która rozumiała symbolikę odmalowaną olejem na płótnie. Wtedy było łatwo odróżnić ludzi wykształconych od plebsu, bo ci po szkołach nie nosili chłopskich sukman, baranich czap i topornych butów. Byli oczytani, wykształceni i na ogół czyści.
Salon Vision Ekspress w warszawskim centrum handlowym. Młody schludny sprzedawca, w eleganckich okularach. Ma okulary, znaczy – pewnie inteligent. Tłumaczy, że Vision nie może zrobić ultracienkich szkieł, bo na rynku brakuje jakiegoś rzadkiego minerału. Dlaczego i jakiego brakuje?
– Nie wiem, kolega mi mówił, że to z powodu wojny Izraela – odpowiada.
– Z Iranem?
– Tak… Tak… chyba z Iranem…
– A może z Afganistanem?
– A tak, może z Afganistanem. Tak, chyba z Afganistanem…
– A może chodzi o tę wojnę Izraela z Egiptem?
– Być może… Nie wiem dokładnie, nie czytam o tych sprawach, w każdym razie jakiejś wojny.
Nowa rzeczywistość, nowy wspaniały świat. Jak trochę ironicznie powiedział Aldous Huxley, „Intelektualistą jest osoba, która znalazła jedną rzecz ciekawszą niż seks.” Szczekanie w sejmie nie jest ciekawsze.
https://addlinks.pro/nuO3w